Pomór







Władysław Orkan

POMÓR







ZŁE ROKI

Było to w czasie, kiedy Pomsta przeszła po dworach i ostawiła za sobą: powytłukane okna, porozbijane sprzęty, pootwierane stodoły, a gdzieniegdzie spaleniska abo i trupy. Strach było patrzeć na to zniszczenie okrutne. Widziało się: jakiś duch zatraty dmuchnął piekielną siarką po pałacach. I nie było jednego dworu na znanym obszarze kraju, któryby od tej podmuchy ocalał. Wszystkie stały, jeśli nie rozwalone, w zaniszczeniu — i podawały czoła do upadku. Gdzieniegdzie mur jeno sterczał abo komin wysoki nad ziemią, a reszta się już rozsypała i zalegała miejsce pokoi dawnych kupą gruzów. Tu i ówdzie jeszcze pałac się odzierżył, ale powywalane drzwi i powybijane okna świadczyły dość wyraźnie, że ludzi w nim niema. I stały te pałace w opuszczeniu smutnem, patrzały ku wsiom swoim otworami okien — skąd dawniej szły strach i groza, teraz wiała pustka... Stały, jak te grobowce ludzkiej pychy, po których wojna przeszła i łupieżcy rozwalili je, aby wydobyć bogactwa na trupach zachowane.
Były tam bogactwa, były — ale nikto ich z ludzi nie widział... I nie wiadomo, gdzie się popodziały. Tak, jakby w ziemię wsiąkły... Bo i panowie ich nie zdołali unieść — i w chałupach ich nie widać było. Ba! W chałupach... sto razy przykrzejsza nędza zagnieździła się, niż przedtem.
Nastały roki złe...
Zaraz w pierwszem lecie po rabunku zboża pohybły na polach, a gdy nadeszły żniwa, to nie było wyraźnie co zbierać. A ludzie wsiali na wiesnę więcej, niż po insze roki; bo choć niejeden nie miał na tyle w sąsieku, to podczas rabunku przybrał z pańskiego gumna i wsiał sporo. Ale, widać, pańskiemu zbożu nie udało się na chłopskich gruntach, nie chciało nijak uróść, a jeszcze przykładem swoim popsuło to insze, co już było wzwyczajone do jałowej ziemi, abo też, kto wie — może taki czas był, taka kara. Bo co się to zboża naosypało podczas rabunku po drogach! Deptano po niem, jak po piasku. Pan Bóg musiał i to widzieć... To też zapłaciło się przy żniwach. Nie było co zbierać. A skoro przyszło do omłocki, to nie było co i widzieć... Mało co ziarnek się dostało, a i te nikły w oczach prawie; w żadnem nie było duszy. Na dopłatek ziemniaki poczęły się psuć na zagonach, i gdy nadeszło kopanie — z połowę blisko okazało się zgniłych, reszta drobiazg, nie większy od przepiórczych jaj. To była wszystka żywność, jaką naród na zimę z pól zebrał. Poczęły się też dni przesmutne, po których ludzie, jak po urwisku pochyłem staczali się w przepaść nędzy coraz to czarniejszą...
Tak się poczęły złe roki.
Z początku ludzie jeszcze się jakoś krzepili, jeszcze się ratowali w tej nadziei, że Bóg zwróci na ziemię litościwe oczy, i że ta nędza się skończy. Ale skoro następny rok jeszcze większy przyniósł nieurodzaj, skoro ludzie nic prawie nie zebrali z pól, wtedy już potracili ostatnią nadzieję, i każdy stał się w sercu gorszym, na swoją i drugich przyszłość z rozpaczy zobojętniałym.
Wtedy to zdarzyło się, iż niejeden samotny człek ostawił wiatrom ojcowiznę swoją i poszedł we świat daleki, a zdarzyło się znowu, iż paru zasobniejszych, co mieli jeszcze ziarno z roków urodzaju, ponabywało grunta całe za parę korców zboża — ziemi nikto nie cenił, odkąd przestała rodzić. Tak, jak żeby zły urok szatan na nią rzucił. Co kto wsiał — nie urosło, co kto wsadził — zgniło. Przyszło kopanie, to kilkoro cały dzień boży kopało, a na wieczór nie mieli co w koszykach nieść. I różnie ludzie dumali w swoich mętnych głowach. Plątała się nawet bajka o jezuitach, którzy mieli na złość światu ziemniakom pogrzeb sprawić, i przez to się ziemniaki psuły. Byli tacy, co temu dawali


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 Nastepna>>